W myśl obowiązujących od trzech lat unijnych przepisów, produkcja i import tradycyjnych żarówek jest nielegalna. Chyba że tradycyjną żarówkę będziemy sprzedawać w celach związanych nie z oświetleniem, a ogrzewaniem mieszkania.

Co jakiś czas unijni legislatorzy zaginają parol na pewną grupę producentów, stwierdzając, że dotychczasowe normy, jakim podlegały wytwarzane przez nich odkurzacze, sokowirówki czy podkoszulki przestają obowiązywać. Ich miejsce zajmują nowe, zwykle dużo bardziej rygorystyczne przepisy. Producenci mają w tej sytuacji dwa klasyczne wyjścia: dostosować się do nowych wytycznych lub zwinąć biznes. Możliwość trzecia jest mniej konwencjonalna, ale biorąc pod uwagę poziom zawiłości unijnych dyrektyw – zwykle dość skuteczna, a na pewno warta zachodu: należy się przebranżowić. Oczywiście tylko na papierze.

W ten sposób zaczęli rozumować producenci żarówek, którzy teoretycznie od trzech lat powinni już przerzucić się na produkcję ich energooszczędnych odpowiedników. Mimo to w sklepach tradycyjne żarówki wciąż zajmują całkiem sporą powierzchnię wystawienniczą. Dlaczego tak jest wyjaśnił w rozmowie z TVN24 Sławomir Brzózek z Fundacji „Nasza Ziemia”: – Te żarówki zaczęły być sprzedawane jako urządzenia cieplne, czyli takie małe grzejniki, które przy okazji świecą, ale nie są sprzedawane jako urządzenia do wytwarzania światła – tłumaczy ekolog.

Teoretycznie produkcja zwykłych żarówek, które nie aspirują do bycia farelką, jest możliwa jedynie jeśli docelowo ma zostać wykorzystana do „zastosowań specjalnych”. Na opakowaniach musi również znaleźć się informacja, że szklana „bombka” z gwintem nie powinna być używana do oświetlania przestrzeni mieszkalnych. Jak jednak wynika ze statystyk, pomimo niezbyt srogiej zimy, „dogrzewamy się” obecnie około 240 milionami tradycyjnych żarówek.

 

Zobacz: